Sprawiedliwość musi być – fragment 2 – Małgorzata Kursa

21-04-2015 2set 1082Do czynności domowych, których nie lubiła, zaliczało się również odkurzanie. Jej kręgosłup protestował wielkim głosem, kiedy się schylała, a złośliwe okno, latem szeroko otwarte, waliło ją w głowę, bo przeważnie o nim zapominała. Dlatego zwykle odkurzał Antoni, co z jednej strony ją cieszyło, z drugiej ? denerwowało. Cieszyło, bo dzięki temu oszczędzała własną konstrukcję. Denerwowało, bo Antoni był przeraźliwie dokładny i niewielkie pomieszczenie potrafił odkurzać przez godzinę. Chowała się wtedy w wolnym pokoju dziecka i siadała przy komputerze, żeby się nie stresować. Komputer był objawieniem jej życia. Swego czasu z nudów pisywała krótkie felietony do lokalnej gazetki i czyniła to z początku na przeraźliwie hałaśliwej maszynie elektrycznej brata. Sąsiedzi wprawdzie nie zgłaszali pretensji, bo tłukła się za dnia, ale sama stwierdziła, że w takim hałasie wena jest trudna do oswojenia. No i dziewczę, które zajmowało się komputerowym składaniem gazetki, zażyczyło sobie tekstów zgranych na dyskietkę, co Gośkę przeraziło. Po ratunek udała się do córki. Od razu stwierdziła, że dzisiejsza młodzież jest denerwująco dobrze obeznana z tajemniczą maszynerią. Sama nieufnie obwąchiwała każde nowe urządzenie, które pojawiało się w domu. Uważała siebie za istotę kompletnie pozbawioną zmysłu technicznego. Wszelkie nowinki tego typu ją przerażały. Antoni pokpiwał, że gdyby postęp cywilizacji zależał od niej, ludzkość dalej tkwiłaby w jaskiniach i łupała kamienie na narzędzia. Może i tak, ale Gośka lubiła myśleć, że w tych jaskiniach byłoby przytulnie i kolorowo, a ich mieszkańcy byliby sympatyczni i kulturalni. W przeciwieństwie do dzisiejszych troglodytów.
Przez pierwsze dni pisała na komputerze tylko w obecności córki i wywrzaskiwała dramatyczne komunikaty, kiedy puknęła nie w ten klawisz, pewna, że coś zepsuła. Długo trwało, nim oswoiła się z ustrojstwem na tyle, by samodzielnie podjąć pisanie i przerzucić się na dłuższe formy, gdy gazetka umarła śmiercią naturalną z powodu braku sponsora. A kiedy już się oswoiła, postanowiła napisać powieść. Zajęcie okazało się bardzo relaksujące i trwało około roku, bo Gośka przywiązała się do swoich bohaterów i nie umiała się z nimi rozstać. Dopiero, kiedy arcydzieło przekroczyło czterysta stron, przyszło jej do głowy, że przecież może skończyć jedno i zacząć kolejne. Dzięki temu odkryciu następne były nieco krótsze. Zdążyła w sumie napisać pięć powieści, które ? wydrukowane litościwie przez dziecko (bo Gośka długo bała się drukarki) ? zaległy w czeluściach szuflady, po czym porzuciła rozrywkę, bo zmarła jej matka. Wena znikła, a wrodzone poczucie humoru wybrało się na jakieś antypody i najwyraźniej zamierzało tam zostać. Gośka popłakiwała po kątach w nocy, a w dzień łykała rudotel, zaciskała zęby i porządkowała mieszkanie po matce, by móc je sprzedać. Czuła się przy tym jak najpodlejsze prosię świata, bo miała wrażenie, że każdy wyrzucony przez nią świstek odbiera jej matkę jeszcze boleśniej niż śmierć. Ile mogła, przeniosła do domu, trochę wepchnęła bratu i bratanicy, ale nie dysponowała nadmetrażem i części rzeczy, niestety, musiała się pozbyć. Najbardziej jej ulżyło, kiedy pani Jasia, jedna z sąsiadek pomogła jej ocalić duży księgozbiór rodziców. Biblioteka odmówiła przyjęcia książek, upierając się, że przyjmują tylko wydane po roku dwutysięcznym. Pani Jasia skontaktowała się z Domem Pomocy Społecznej, który z radością przejął wszystko. Gośka u siebie więcej już zmieścić nie mogła, bo i tak większą część jej mieszkania zajmowały książki upchnięte w kilku rzędach na półkach.
W ciągu roku udało jej się pozbyć mieszkania i dziecka, które w ramach stypendium poleciało do Japonii. Gośka nagle zaczęła dysponować ogromną ilością czasu i nie miała pojęcia, jak go spożytkować. Działki nie miała. Dzień spędzony na ławkowych plotkach jej nie satysfakcjonował. Antoni wprawdzie byłby najszczęśliwszy, gdyby wolny czas poświęciła na dopieszczanie mieszkania, ale jego małżonka nie była typem pedantycznej gosposi. Sprzątanie, owszem, jednakowoż bez przesady. Gotowanie, jak najbardziej. Lubiła to codzienne kuchenne czarowanie. Ale nie widziała siebie w roli wyposażonej w miotełkę od kurzu niewiasty, od świtu do zmierzchu krzątającej się jak robot. Była zdania, że takie zachowanie jest domeną tych kobiet, które nie mają żadnych zainteresowań. Ona miała.
W końcu z nudów zajrzała do szuflady i zaczęła przeglądać swoje literackie arcydzieła. Po długim namyśle uznała, że jedynie ostatnie ? po niezbędnych poprawkach ? nadaje się do pokazania światu. Poprawek dokonała, stanowczo odsunęła na bok myśl o swojej osobistej głupocie, która pchała ją do czynu i zasiadła przy obłaskawionym już Internecie.
Jeszcze za życia matki zebrała się na odwagę i wysłała wydruk książki do dwóch największych wydawnictw, bo tylko te kojarzyła z lektury. Odpowiedź odmowna przyszła po roku. Gośka na cud nie liczyła, ale jakaś tam nadzieja w niej się kołatała. Odmowa ją przybiła, uznała, że nie będzie wydawać więcej pieniędzy na żadne wysyłki. Wysyłanie plików opanowała dzięki pomocy dziecka i teraz miała zamiar spróbować elektronicznie.
Nie mając pojęcia, jakie wydawnictwa są obecne na rynku, poleciała alfabetycznie. Powysyłała, gdzie się dało i czekała na efekt. Odpowiedzi nie było, więc myśl o zostaniu pisarką szybko z niej wyparowała tym bardziej, że zajmowała ją głównie egzystencja dziecka w cholernie odległej Japonii. Co niedzielę gadały na Skype?ie i Gośka pilnie badała za każdym razem, czy jej jedyna córka, broń Boże, nie schudła za bardzo, pozbawiona matczynej kuchni.
Tym większe było zaskoczenie, gdy któregoś dnia odkryła na swojej poczcie wiadomość od lubelskiego wydawnictwa PASIKONIK. Wiadomość głosiła, że książkę chętnie wydadzą i Gośka wpadła w euforię, a zaraz potem w przerażenie. Matko jedyna, ale sobie nagrabiła! Teraz każdy będzie oceniał jej pisanie, jak mu się żywnie spodoba. A co, jeśli każą jej jeździć po całej Polsce i promować swoje czytadło? Gośka była zdecydowanie typem zasiadywacza ? zasiadywała miejsce, zagnieżdżała się w nim i pozostałe terytoria przestawały ją interesować. Gniazdo miała w Kraśniku i nie widziała powodu, dla którego miałaby z niego wylatywać w jakieś nieznane sobie strony. W dodatku wydawnictwo życzyło sobie zdjęcia. Cholera, naprawdę czytelnik musi zobaczyć oblicze autora, żeby się skusić do przeczytania jego książki? Kto to wymyślił? Jej było wszystko jedno, jak autor wygląda, byle lektura przypadła jej do gustu.
Wszystko okazało się mniej skomplikowane, niż myślała. Nie ruszając się z Kraśnika, dokonała tego, że czytadło zostało wydane. Z błogim uśmiechem obwąchiwała przesłane jej egzemplarze autorskie, czując się, jakby właśnie powite przez nią dziecię otrzymało piękne ubranko.
A potem się rozzuchwaliła i wysłała do PASIKONIKA kolejną powieść wydobytą z czeluści szuflady. I tu spotkała ją przykra niespodzianka. Przemiła pani redaktor, która pomagała jej przy pierwszej książce, odpisała, że wydawnictwo zawiesiło przyjmowanie nowych tekstów. Gośka poczuła rozczarowanie, ale była już w rozpędzie. Ponownie zaczęła wysyłać swoje czytadło i znowu miała szczęście. Odezwało się warszawskie wydawnictwo PROMIZA. Po kilku miesiącach miała w rękach drugą własną książkę, a pienia anielskie w jej głowie zagłuszały odgłosy rzeczywistości. Która ją jednakowoż dopadła, kiedy cholerny PASIKONIK nie zapłacił w terminie. Lipiec mijał, a oni nie dawali znaku życia.

Małgorzata Kursa

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>