Self-publishing po polsku – Władysław Zdanowicz

981050_569857439713401_683232698_o

Self-publishing czyli po polsku samopublikowanie polega w olbrzymim skrócie na tym, że autor sam ponosi całkowity koszt publikacji, a także osobiście zajmuje się reklamą, sprzedażą i dystrybucją swojego produktu. I właściwie tu się kończy zbieżność opinii, co jest self-publishingiem, a co nie.
Dla przykładu: korzystanie z usług wydawców z tzw. współfinansowaniem jest jeszcze self-publishingiem, czy już nie? A może taka działalność to już vanity publishing, bo owych pseudo-wydawnictw absolutnie nie interesuje zawartość merytoryczna publikacji, tylko wykonanie zlecenia i zarobienie na tym swojej kasy? Do tego trzeba jeszcze dodać różne wykorzystywany nośnik, bo przecież można do tego wykorzystać klasyczne wydanie papierowe, ale także e-booki oraz płyty cd.

Jak Państwo widzą, wcale to nie jest prosta sprawa – póki co wszystkie takie działania wrzuca się do jednego worka, a później z niego wychodzi bezkształtna masa zarzutów, które w dużym stopniu przyczyniają się do złej opinii o tej formie publikowania. Może to odpowiedni moment aby wprowadzić dodatkowe określenia, aby dokładnie określić, o czym tak naprawdę dyskutujemy i czego się spodziewamy w zamian? Wrzucanie do jednego worka naprawdę nie ma sensu.

Moja propozycja jest prosta i raczej przejrzysta:
– Self-publisher – autor wydające swoje książki w każdej wersji w swoim własnym wydawnictwie i myślę tu o takich autorach jak: Krzysztof Koziołek, Aleksander Sowa, czy ja sam oraz nowych, którzy nadchodzą.
– Self-electronic (e-book) – wszelkie książki elektroniczne wydawane samodzielnie poprzez platformy typy virtualo, RW2010, ebookowo, itd.
– Self-vanity – książki wydawane przez wszelkie wydawnictwa oferujące swoje usługi za gotówkę i firmujące owe pozycje swoim logo (np. rozpisani.pl czy wydacksiazke.pl, itd.)

Nie rozróżnianie owych odmian powoduje, że na rynku królują w większości bardzo złe opinie, co jak wcześniej pisałem, przekłada się na nieciekawy obraz samopublikujących autorów. Stąd też ów trend, że każdy z podmiotów działający na rynku książki podchodzi do nas (selfów) z bardzo dużą ostrożnością, a media obchodzą szerokim łukiem, utrzymując, iż poważnym autorom nie wypada iść własną ścieżką.

Te opinie są krzywdzące i nie odpowiadają prawdzie, a self, do którego od dawna przylepiono fałszywą opinię, że to literatura zła, nijaka, grafomańska, to tylko stereotyp, który odpowiada części firm działających na rynku. Nie jesteśmy także żadnym zagrożeniem dla rynku książki, najwyżej będziemy kolorowym uzupełnieniem, lokalną atrakcją i szansą dla książek, których potencjału klasyczni wydawcy nie chcą dostrzec. Twierdzenie o konieczności przejścia sita wydawniczego, na dłuższą metę nie jest dowodem, bo wiele bardzo dobrych książek zostało przez owe sito zupełnie przeoczonych.

Musimy także pamiętać, że choć proponowana książka jest interesująca, to wydawca może stwierdzić, że po prostu na niej nie zarobi, więc choć docenia jej walory literackie, to nie będzie zainteresowany jej wydaniem. Właśnie w takich sytuacjach przydaje się self, bo to, że profesjonalny wydawca nie chciał jej wydać, wcale nie oznacza, że powodem jego decyzji była niska jakość utworu. Nie nie to nic wspólnego ze stereotypem o jakości selfpublishingu.

Prawdą jest, że wydawnictwa w naszym kraju już dawno przestały być gwarantem jakości swoich propozycji. W większości dla nich się liczy wyłącznie przewidywany efekt ekonomiczny, czyli wyłącznie kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Co gorsze, większość z nich nie prowadzi żadnej długofalowej polityki wydawniczej, skupiając się na klonowaniu działań innych działających na naszym rynku rywali, lub podglądając, co na Zachodzie się dobrze sprzedaje. Trzeba do tego jeszcze dodać trend do kupowania „w paczkach” ofert wydawniczych z Zachodu, sprzed kilku lat, zlecenia dla studentów na tłumaczenie za 100-120 zł/ark. i mamy obraz polskiego runku wydawniczego. Ale takich książek nie trzeba aż tak bardzo promować jak polskiego autora, bo przecież od wieków Polak wie, że zagraniczne jest lepsze.

Wróćmy do samopublikowania. Wszystkie trzy zaproponowane przeze mnie odmiany selfu podchodzą do tego inaczej, choć po pierwszym okresie zachwytu autorzy zdają sobie sprawę, że trzeba dbać, by proponować materiał coraz lepszy – inaczej nie zdobędą czytelników. Nie można już zaproponować „rąbaniny mieczami, urozmaiconej opisami smoków, plus nie całkiem ubranych pogromczyń” pełnych niedoskonałości stylistyczno – redakcyjnych, aby mimo wszystko liczyć na sukces. Zgadzam się całkowicie ze stwierdzeniem Marcina Pietraszaka, że „jakość utworu nie ma nic wspólnego ze sposobem, w jaki zostanie wydany”.

To jest podstawowa prawda i jak wyżej wspomniałem, większość z pierwszej grupy wie o tym doskonale. Każdy z nas dba o redakcję, korektę, oraz o pomoc w tworzeniu profesjonalnej okładki. Taki już czas, że nie wystarczy jak w cokolwiek swego wrzucić na platformę e-bookową, zrobić samemu okładkę i wszystko będzie się sprzedawało jak ciepłe bułeczki. A nie oszukujmy się, to właśnie jest podstawowy problem drugiej grupy, bo dopiero od niedawna niektóre owe platformy zaczęły dbać o jakość proponowanych e-booków. Z początku puszczano wszystko, co im proponowano, często nie sprawdzając nawet, czy można to przeczytać bez irytacji. Efekt takich działań niestety nadal psuje opinię większości autorów self.

Nie można także zapominać, że self ściągnął także na rynek zainteresowanie różnych firm, które chcą na tym zarobić, nie przejmując się tym, że większość autorów raczej nie ma zasobów gotówki. Nie będę ich wymieniał, bo większość z nas ma swoje typy, w stylu wszelkich wydawców ze współfinansowaniem, a także pseudo-wydawców, którzy tak naprawdę mają tylko drukarnię i zarabiają na druku, nie troszcząc się o cokolwiek innego. Self proponuje nowe możliwości nie tylko autorom, których nie chcą dostrzec Wielcy Wydawcy, lub tacy, którzy wolą niczym nie ryzykować, ale także cwaniakom, którzy chcą zarobić – dlatego każdy musi najpierw dokładnie sprawdzić ofertę i umowę, a nie podpisywać ją w ciemno. Z własnego doświadczenia wiem, że taniej wydać jest samemu, niż skorzystać z usług różnego rodzaju wydawców, ale ponieważ nie każdy może i powinien być selfem-wydawcą, powinien mieć także możliwość skorzystania z usług profesjonalistów w zakresie redakcji, korekty, grafiki, druku.

Niestety na rynku jest coraz więcej podejrzanych firm, które z tego żyją i to całkiem dobrze.

Co do mediów, to szkoda mi cokolwiek pisać, bo w większości publicyści są przekonani, że książki selfów z założenia są gorsze jakościowo. Prawda jest taka, że media tak samo, jak wydawcy są zainteresowane wynikami finansowymi, a mało który self jest w stanie zapłacić za dobrą reklamę. I koło się zamyka, dlatego też wiele książek nie doczeka się nawet skromnej recenzji, poza blogami, nie mówiąc już o szansie zaistnienia w jakimś konkursie literackim, do których w 99% trafiają wyłącznie książki reklamowane przez „opiniotwórcze media”.

To o czym teraz piszę, to jedna mała pigułka, którą można by było podzielić na ileś części i każdą dokładnie opisać, ale nie mam na to ani czasu, ani chęci. Chcę jednoznacznie zaznaczyć, że każdy z nas chętnie wyda swoje utwory także u wydawców tradycyjnych, choć zarobimy na jednym egzemplarzu proporcjonalnie mniej, niż wydając samemu, ale żaden z nas nie otrzymuje satysfakcjonujących nas propozycji. Nie chodzi wcale o to, że mamy jakieś wydumane żądania, czy brak zainteresowania ze strony wydawców, którzy mimo wszystko często sprawdzają o czym i jak piszemy. Chodzi o fakt, że od kiedy zaczęliśmy wydawać samodzielnie nie zgodzimy się na powrót do schematu: Autor to petent – Wydawca to Pan. Wszyscy chcemy być partnerami dla siebie i żądamy tylko takiego traktowania.

Nie bez sensu będzie także poświęcić kilka słów dostępowi naszych utworów do czytelnika, co wcale nie jest takie proste. Ja z oczywistych powodów nie jestem zainteresowany współpracą z „dwoma wiodącymi w naszym kraju sieciami” (zapewne żadne z nich nie jest zainteresowana szerszym wyjaśnieniem mojej postawy i tak niech pozostanie). Ale także dotarcie naszych utworów do hurtu wcale nie jest takie bezproblemowe, bo np. przedstawiciel największej hurtowni odesłali mnie do mniejszej hurtowni, bo nie widzieli możliwości rozliczanie się bezpośredniego z tak małym wydawcą, jakim byłem. Zresztą mam pewne zastrzeżenia co do warunków współpracy pomiędzy wszelkim hurtem a wydawcami, ale to już zupełnie inna historia.

Z poważaniem

Władysław Zdanowicz

One comment to Self-publishing po polsku – Władysław Zdanowicz

  • Krzysiek  says:

    A jak sprawdzić daną firmę? Ja się przymierzam do podpisania umowy z rozpisani.pl, co Pan o nich uważa? Podobno są grupą PWN. W jaki sposób najlepiej ustrzec się przed ewentualnymi stratami?

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>