„Ludzie wsi”- felieton Igi Frankowskiej

LUDZIE WSI.

wallup.net

 

Wychowałam się na wsi.  Kiedyś, ludzie wsi, nie przyznawali się do miejsca swojego pochodzenia, czując się gorszymi, wyalienowanymi wśród wykształconych ludzi miasta. Teraz, w trwającym wszędzie wyścigu szczurów, stało się to niejako pewnym przywilejem. Dziś mogę dumnie wypiąć pierś i powiedzieć, że nie ma nic lepszego niż agrest zerwany i zjedzony prosto z krzaka, że zapach świeżo skoszonej trawy budzący mnie ze snu jest lepszy niż odgłos przeładowanej ciężarówki przejeżdżającej tuż pod moim oknem czy trąbiący taksówkach zdenerwowany gęstniejącym ruchem na drodze. Wolę śpiew ptaków, pianie dumnego ze swojej roli koguta  i nie zamierzam się tego wstydzić. Co rusz na Instagramie znanych osobistości wyskakują posty o wakacjach na łonie natury. „Jak tutaj pięknie, sielsko, anielsko..”- przykładowo piszą polskie aktorki, fotografując najzwyklejszy, ubogi dom położony w Beskidzie Śląskim. Przypuszczam, że jego wygląd nijak ma się do komfortu spędzanego w nim życia i żadna z zachwyconych nim osób nie wytrzymałaby dwóch dni w takim miejscu. Zimową porą małe, kwadratowe okienka przepuszczają chłód podwórka, w deszczowe dni po całej kuchni rozstawione są naczynia zbierające przeciekający przez stary dach opad, a latem roje komarów wpadają przez szpary w drewnianych ścianach. Nie to jest jednak najważniejsze. Urokliwe miejsce dla nowoprzybyłych bywa dla swoich mieszkańców wyzwaniem, lecz jest to wyzwanie warte każdej kropli potu. Ekscytacja i uniesienie ludzi miasta trwa krótką chwilę, dopóki nie zapakują walizek do swoich lśniących aut i nie wrócą do Warszawy, Gdańska czy innej wielkiej miejscowości, rozpocząć kolejną pogoń za karierą. My, ludzie wsi, mamy tych chwil o wiele więcej. Odnajdujemy piękno życia na każdym kroku. W porannym śpiewie ptaków, na zapomnianych dróżkach leśnych, wdychając czyste powietrze i leniwie spędzając czas. Nowoprzybyli ludzie miasta, korzystają z uroków jakie niesie wieś, ładują akumulatory przed kolejnymi wyzwaniami i wdychają czyste powietrze ale to, co doświadczają i starają się wchłaniać wszystkimi porami skóry jest tylko ułamkiem całości. To nie oni obserwują cud narodzin małego koźlątka, które chwile po pojawieniu się na świecie stawia pierwsze nieporadne kroki, to nie oni chłodzą stopy spacerem w porannej rosie, albo obserwują wędrujące daleko na łąkach sarny, które sprawiają, że taki obrazek widziany codziennie przy śniadaniu dodaje otuchy i nadziei na resztę dnia. I co z tego, że zimową porą, po zbyt obfitych opadach śniegu bywamy odcięci od świata, że kurier złorzecząc na nieczytelne oznakowanie domów, zdenerwowany wręcza nam paczkę, którą przywiózł z wielkiego miasta. „Człowieku!”- pragnę mu powiedzieć-„Rozejrzyj się. Przystań na chwilę, ochłoń, otwórz umysł na to, co istnieje dokoła. Czyż to nie jest warte jednej, chwilowej niewygody?” Ludzie miasta nigdy nie zrozumieją ludzi wsi. U nich inaczej płynie czas, inne priorytety kształtują życie, sprawy ważniejsze giną w potoku spraw mniej ważnych ale determinujących możliwość nabycia rzeczy materialnych. To ich życie. Tutaj jest nasze. Dlaczego więc staramy się nadążać za ludźmi miasta coraz bardziej ulegając nawykom i modzie? Dlaczego każdy z nas, bez wyjątku, mimo całego otaczającego nas bogactwa, szuka innej drogi życia? Nawet teraz, zastanawiając się nad sensem tego, w jak zgubnych przyszło żyć nam czasach, sprawdzam pogodę na aplikacji zainstalowanej na nowym smartfonie, zamiast zwrócić uwagę na ptaki, chmury i zapach unoszący się w powietrzu. Siedzę na werandzie jednego ze wspomnianych wyżej domów, którego moi dziadkowie przez całe swoje życie nie zdołali odnowić i tylko dlatego zachował swój pierwotny wygląd, i obserwuję siedzącą cztery kroki ode mnie, na kocu, bratanicę. Dziewczynka przegląda książkę, którą brat kupił kilka dni przed przywiezieniem jej na wakacje do babci. Kupił ją z trzech powodów i żaden z nich nie miał nic wspólnego z nauką czytania. Po pierwsze chciał, żeby córka przynajmniej na drukowanych obrazkach mogła zobaczyć jak wygląda żywy inwentarz, z którego posiadania moi rodzice zrezygnowali już dawno. Po drugie pragnął, by chociaż przez chwilę oderwała swój zmęczony wzrok od filmików oglądanych codziennie na platformie youtube, a przede wszystkim chciał zapewnić dziecku zajęcie, bo wiedział, że w promieniu kilku kilometrów nie spotka żadnego rówieśnika i kompana do zabaw. Lwia część wsi wyemigrowała. Z nostalgią wspominam czasy, kiedy umorusana po sam czubek nosa siedziałam z przyjaciółmi na skraju pola kukurydzy i z kolb próbowałam stworzyć coś na kształt lalki. Potrafiliśmy całymi dniami wymyślać zabawy wykorzystując własną, dziecięcą wyobraźnię. Teraz, kiedy proponuję swojej bratanicy tę samą zabawę, ona patrzy na mnie nierozumiejącym wzrokiem, wyliczając jednocześnie na swoich małych paluszkach ilość lalek Barbie zapakowanych pospiesznie przez jej mamę do wielkiej różowej walizki, którą dziewczynka przywiozła ze sobą. Po cóż więc tworzyć coś, na brak czego żadne współczesne dziecko nie może narzekać? Przeglądając książkę, bratanica dochodzi do rozdziału, w którym najwięcej obrazków przedstawia krowę. Postanawiam nawiązać z nią kontakt dosiadając się z boku. Opowiadam co to za zwierzę, czym się żywi i jakie korzyści z posiadania owej w gospodarstwie, można uzyskać. Tylko czym poprzeć informacje, które próbuje w miarę klarownie przedstawić skoro sama nie widziałam krowy kilka długich lat? Nie mogę wziąć dziewczynki na spacer, by mogła chociaż z oddali obserwować opisywane zjawisko pasącej się na zielonej łące, krowy. Zjawisko, które, jak kiedyś dinozaury, skazane jest na wyginięcie. Muszę opierać się na swojej wyobraźni, co rusz zerkając na obrazek w książce. Jak wyjaśnić dziecku skąd bierze się mleko jeśli w każdym wiejskim domu, nawet w moim, stoi w lodówce karton, ten sam, który widuje się w domach ludzi miasta? Gdzie jest kanka, nakryta tetrową pieluchą pełna białego, pachnącego płynu? Gdzie pasące się bydło, wieczorami poganiane polną drogą przez gospodarza w kierunku przepełnionych obór? Na pytanie przedstawicielki dorastającego społeczeństwa: „Po co nam duże, nieporadne krowy jeśli można kupić mleko w Biedronce?” wzdycham i postanawiam poprzestać na krótkiej, zwięzłej charakterystyce zwierzęcia. Nie wytłumaczę dziewczynce czegoś, z czego nawet ludzie wsi postanowili zrezygnować, wpuszczając do swoich domostw nawyki ludzi miasta. Nie lubię jednak pozostawiać rozgrzebanego tematu, z którego na chwilę obecną nic nie wynika. Brakuje mi puenty. Postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce i spróbować odnaleźć w mojej wsi chociaż jeden egzemplarz zwierzęcia, które tak zainteresowało moją bratanicę. Już w połowie drogi wiem, że moje zmagania pozostaną bezowocne, nie tylko dlatego, że nigdzie na horyzoncie nie widać krowy, ale czuję, że bratanica ochłonęła z wcześniejszego zainteresowania i zaczyna powoli marudzić. Nudzi ją spacer, moja ekscytacja rzeczami jej nieznanymi i chce już wracać do domu. Nie ulegnę, pokażę jej jak wygląda ciesząca się wolnością krowa. Jestem zdeterminowana. I wtedy popełniam kolejny błąd, błąd ludzi wsi sięgających po rozwiązania ludzi miasta. Wyciągam smartfona, odpalam youtube i szukam interesującego mnie zagadnienia. Możecie wierzyć lub nie ale wcale nie czuję zażenowania swoim zachowaniem. Czy to dziwne, że postanowiłam się poddać i przypasować do mentalności młodego człowieka, który w swoim życiu nie potrzebuje zmian, tylko stabilności i normalności, jakakolwiek by ona nie była? Jesteśmy bezsilni w walce z udogodnieniami jakie niesie nam życie. Brakuje nam oparcia w nas samych, bo wszyscy próbujemy przypodobać się czemuś, co na dobrą sprawę jest rozwiązaniem chwilowym. Kiedy pokazuję bratanicy to, co chciałam, żeby zobaczyła na żywo, zauważam, że już straciłam z dzieckiem kontakt. Pochłonięta możliwością obejrzenia ruchomych obrazków na małym, zgubnym przedmiocie, klika co rusz w nowy, nagle interesujący ją filmik. Kiedy włącza „Nelę małą reporterkę” wiem, że chwilę obecną straciłam bezpowrotnie. Nie zainteresujesz dziecka tym, co tu i teraz kiedy za jednym dotknięciem ekranu przenosi się w ekscytujący, nieznany świat na odległym lądzie. Wracamy z wyprawy w różnych nastrojach: ja z rosnącym poczuciem klęski, bratanica z uśmiechem na ustach, zadowolona, że mogła choć na chwilę oddać się ulubionej rozrywce. My, ludzie wsi, już dawno wpuściliśmy na swoje podwórka zalążki innego życia. Odwzorowujemy świat, który nie miał prawa zawłaszczyć sobie zachwytów przyrody, zapachu sosny czy śpiewu skowronka, a jednak to zrobił. I sami przyłożyliśmy do tego rękę zamieniając przykładowe krowy w kartony z Biedronki. Za późno już, by walczyć z czymś, co nieuniknione. Nadchodzą inne czasy. Czy mogę więc oceniać życie przez pryzmat życia innych kiedy staram się wzorować na świecie ludzi miasta? Absolutnie. Mogę jedynie żywić nadzieję, że pozostając w zgodzie z przyrodą, zachowam ją we wspomnieniach jako nienaruszoną i, jeśli to w ogóle jest jeszcze możliwe, prosząc, by każdy z nas starał się dbać o otaczające nas bogactwa tak, jak dba o swoje nowe gadżety. Bądźmy dumni, my, ludzie wsi, że wychowując się wśród morza łąk, szumu lasu i piękna otaczających nas krajobrazów, uzyskaliśmy coś, czego nikt i nic nie będzie w stanie zmienić. Otrzymaliśmy od losu czas, który jest niezbędny do pokochania natury i nieprzerwanej potrzeby dbania o to, co nas otacza. Pozwólmy innym żyć w swoim świecie, jaki by on nie był. Dajmy im szansę chwilowego porywu serca na widok czegoś, co dla nas było zwykłą codziennością i z dystansem wypatrujmy dni, w których wieś zacznie się zamieniać w małe miasta pełne spieszących donikąd ludzi. My jesteśmy, byliśmy i zawsze będziemy szczęśliwymi ludźmi wsi.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>