„W cieniu gejszy z drzeworytów Baisona”- felieton Anny Klejzerowicz

W cieniu gejszy z drzeworytów Baisona

Zdjęcie użytkownika Iga Frankowska.

W powieści „Cień gejszy” opisałam stare japońskie drzeworyty istniejące naprawdę, a historyczne śledztwo moich bohaterów – fikcyjne – jest w dużej mierze literackim odtworzeniem rzeczywistego „śledztwa”, które stało się moim osobistym doświadczeniem, a także wielką, wieloletnią życiową przygodą. Tu i teraz podzielę się z Wami tą samą w sobie sensacyjną historią.
Ryciny przywiózł z misji wojskowej w Japonii, pod koniec XIX wieku, pewien oficer gdańskiej marynarki wojennej (Krigsmarine) i tym sposobem w kolekcji prywatnej w Gdańsku przetrwały do dnia dzisiejszego. Współcześnie uznawano je najczęściej za przypuszczalne dzieło bardzo znanego japońskiego artysty tamtego okresu: Kono Bairei. Los jednak dopisał kolejny rozdział losów „gdańskich” drzeworytów. Estetyka, styl i technika wykonania drzeworytów od początku wydawała się niepodobna do prac innych uznanych japońskich mistrzów ukiyo-e, a także późniejszego shin hanga (drzeworyty z epoki Meiji, czyli po otwarciu Japonii na świat). Nawet Bairei stosował zdecydowanie grubszą kreskę i bardziej płaskie, nasycone kolory niż twórca „gdańskiego” cyklu. Ponadto Bairei tworzył głównie przedstawienia tzw. kwiatów i ptaków, a nie wizerunki pięknych kobiet. Uprawiał zresztą przede wszystkim malarstwo – rzadziej zajmował się drzeworytem.
Te różnice wciąż nurtowały obecnego właściciela tajemniczych drzeworytów. Przyjmijmy, że nazywał się on Emil Żądło. Dla uproszczenia. Skupiając się zatem na próbie samodzielnego rozszyfrowania sygnatury, nasz Emil doszedł do wniosku, że i ona nie do końca zgadza się z sygnaturą Kono Bairei. Po rozmaitych analizach znaków starego japońskiego pisma Kanji udało się odczytać domniemane nazwisko twórcy drzeworytów. Brzmiało ono: Baison. Problem tkwił jednak w tym, że śladów artysty nazwiskiem Baison nigdzie nie można było znaleźć. Poszukując po omacku na anglojęzycznych stronach internetowych pan Emil Żądło wraz ze swoją towarzyszką natknęli się wreszcie na nazwisko Baison w kontekście legendarnego już dziś japońskiego wydawcy – słynnego w tamtej epoce wydawnictwa Hasegawa (Takejiro Hasegawa, 1853-1938, Tokio).
Idąc tym tropem udało się odszukać na jednej z amerykańskich aukcji oryginalną starą książkę, wydaną w tymże wydawnictwie w latach dziewięćdziesiątych XIX w., zatytułowaną Oyuchasan. Tytuł zgadzał się z odcyfrowanym uprzednio napisem, widniejącym na jednym z sześciu drzeworytów. Poszukując dalszych informacji, należało dotrzeć do wiedzy na temat działalności wydawnictwa Hasegawa. Naszej parze udało się ustalić, co następuje:
Książkę Oyuchasan wydano po raz pierwszy w 1890 r. Ilustrowana była oryginalnymi drzeworytami barwnymi, jednak nie były to te same ilustracje, które znamy z „gdańskiego” cyklu. Rok później – w 1891 – pojawiło się kolejne, drugie wydanie tej samej książki. W tej nowszej wersji drzeworyty stanowiące ilustracje tekstu (są to oryginalne drzeworyty barwne, 16,5×19 cm) były już dziełem tajemniczego Baisona, a jego nazwisko znaleźć już można w opisie książki, również w angielskiej wersji językowej. Są to ryciny z gdańskiego cyklu, będącego prawdopodobnie oryginalnymi projektami ilustracji (są podmalowywane ręcznie).
Autorem samej książki okazał się F. M. Bostwick, amerykański porucznik marynarki wojennej! Ciekawe, prawda? Dziwne to korelacje, zważywszy, że do Gdańska przywiózł drzeworyty inny oficer – innej marynarki – i to mniej więcej w czasie ich powstania. Być może nawet obaj panowie podczas pobytu w Japonii poznali się osobiście? W każdym razie za postacią autora tegoż dzieła kryje się bardzo piękna, wielce romantyczna historia, niczym z Madame Butterfly. Amerykański oficer, stacjonujący w Yokohamie, zakochał się w pięknej Japonce i na cześć ukochanej napisał poetycką pieśń. Swoją przyjaciółkę nazywał właśnie Oyuchasan. Nie wiadomo, jak skończyła się wspomniana historia miłosna – można tylko mieć nadzieję, że inaczej niż ta ze słynnej opery Pucciniego. A także szczęśliwiej niż w mojej kryminalnej powieści…
Wciąż niewiele wiadomo jednak o autorze drzeworytów. Tyle tylko, że był mniej więcej rówieśnikiem Kono Bairei, zapewne trochę młodszy. Być może związany był z jego szkołą, tworzył w epoce Meiji i należał do grupy artystów współpracujących na stałe ze słynnym wydawnictwem Hasegawa. Musiał więc należeć do autorów ówcześnie pierwszoplanowych, gdyż z pewnością nie zatrudniano tam byle kogo. Po technice widać, że był twórcą naprawdę wybitnie utalentowanym.
Dlaczego jego nazwisko nie stało się głośne? W swojej książce zawarłam tylko jedną z możliwych odpowiedzi. To oczywiście wyłącznie moja literacka hipoteza. Prawdy zapewne już nigdy nie poznamy. Być może jednak kiedyś ktoś odkryje na nowo twórczość zapomnianego artysty i przywróci jej należne miejsce w historii japońskiego drzeworytu. Może owiane dziś mgłą tajemnicy dzieje jego życia i sztuki zostaną na nowo poznane. Może nawet ktoś z naszych szanownych czytelników rozjaśni mrok otaczający tego malarza, a także wielu innych, jemu podobnych, zapomnianych twórców japońskiego drzeworytu, dosłownie i w przenośni „przemijającego świata” (ukiyo-e).

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>