Wywiad z Anną Klejzerowicz

G.S. Aniu. Zacznę od Twojej najnowszej książki „Zaginione miasto”. To chyba szczególnie ważna dla Ciebie powieść.

A.K. Każda jest ważna, bo zawsze piszę tylko o tym, co dla mnie ważne. Tym razem odwołuję się do historii, która ma dla mnie znaczenie nie tylko sama w sobie, ale również osobiście: to jedna z wielkich pasji, „legend” mojego życia, dzielona z ludźmi mi bliskimi, których już niestety zabrakło. Ale historia została.

G.S. To jest książka, którą pisałaś chyba z myślą o swoim tacie. Może parę słów wspomnień.

A.K. Miałam kilkanaście lat. Ojciec wrócił z rejsu, zauroczony książką Percy`ego Fowcett`a, w polskim tłumaczeniu zatytułowaną „Śladami Inków”, którą przeczytał na statku. Bardzo dużo o niej opowiadał, zaraził mnie swoją fascynacją. Tymczasem książka była stara i już praktycznie niedostępna. Po jakimś czasie udało mu się jednak trafić na nią w antykwariacie, gdzieś w Polsce, przywiózł mi ją – i tak się zaczęła przygoda, trwająca wiele lat. Do dziś.

G.S. Ale dopiero w kolejnej książce z Emilem Żądło poruszyłaś ten temat. Dlaczego? Musiał odczekać?

A.K. Chyba trochę się go bałam z powodów emocjonalnych. To był temat „nasz”, takie trochę rodzinne sacrum. Może dlatego w powieści również zaangażowałam ludzi, opętanych tą samą pasją. Choć w inny sposób. Bardziej niszczący. Może nawet bardziej: obsesją. Bo czasem i tak może być, kiedy pasja zmienia się w manię, opętanie, a te granice przekroczyć łatwo.

G.S. To prawda, chociaż zależy to od rodzaju pasji. Aniu. To, co najbardziej mnie zadziwiło w „Zaginionym mieście”, to postawa Marty. Do tej pory była właściwie tylko naukowcem, detektywem, osobą silną, raczej zamkniętą w sobie. Tutaj jest zwykłą kobietą, która cierpi, tęskni i kocha. W związku z tym pytanie. Jak ważna w Twoim życiu jest miłość?

A.K. Miłość – szeroko pojęta – jest chyba ważna w życiu każdego. Bez niej jesteśmy samotni, nawet jeśli dookoła siebie mamy tłum. To dopiero cudze uczucia dają nam siłę, oparcie, dla nich staramy się, by nasze życie było dobre. Nieważne, czy to będzie miłość do mężczyzny lub kobiety, do dziecka, rodzica, przyjaciela, zwierzaka. Dopiero gdy mamy kogo kochać – i potrafimy sprostać temu uczuciu – nasze życie nabiera pełnego sensu. Marta doświadczyła tego na sobie dość boleśnie.

G.S. Czy czujesz się czasem samotna?

A.K. Czasem, gdy coś mnie dręczy, a nie mam odwagi podzielić się udręką z drugim człowiekiem. Wtedy dopada mnie świadomość, że w pewnym sensie jesteśmy zawsze sami – sami ze sobą, ze swoimi myślami, jak w szklanej bańce, w osobnym kosmosie. Dlatego właśnie warto z tej bański wyjrzeć, rozmawiać z kimś bliskim o swoich problemach, nawet jeśli ten ktoś nie do końca nas zrozumie. Jednak sama świadomość, że z nami jest, że współodczuwa – pomaga. Na szczęście mam takich ludzi wokół siebie. No i zwierzaki. One nas zawsze wspierają.

G.S. Zwierzaki to w Twoim życiu odrębny temat. Kochasz je, walczysz o ich prawa, zbierasz te niechciane, opuszczone. W Twoich książkach, mam na myśli serię z Emilem, pojawia się kot Bolero. Wiem, że opisujesz swojego ukochanego Rudzika, który odszedł parę lat temu. Czy to nie boli? A może w ten sposób on znowu jest obok Ciebie?

A.K. Boli, ale to jest ból konstruktywny. Właśnie dlatego, że z jednej strony trudno się uporać z tęsknotą, jednak z drugiej… no tak, znowu jest obok, żyje w książce. Na powrót go widzę. A Marta, moja bohaterka, może go nawet dotknąć, przytulić… za mnie. Zamiast mnie.

G.S. Czy nie wydaje Ci się, że trochę antropomorfizujesz zwierzęta?

A.K. Czy antropomorfizuję… Nie wiem. Jestem człowiekiem, myślę po ludzku. Jak by nie było, moje zwierzaki są z tym szczęśliwe. Doskonale się nawzajem rozumiemy. Więc nie będę się za bardzo nad tym głowić. One mnie pewnie postrzegają przez swój własny pryzmat. Ale jeśli nawet w ich oczach jestem wielkim, głupim i do tego cholernie niezdarnym kotem w butach – to i tak wiem, że mnie na swój własny koci lub psi sposób kochają.

G.S. Aniu, w każdej swojej książce przemycasz jakiś ważny temat. Feminizm, tolerancję, fanatyzm, faszyzm. Czy myślisz, że czytelnicy śledząc akcję, zatrzymają się i zastanowią nad tym, co próbujesz im przekazać?

A.K. Niektórzy. Na pewno nie wszyscy, zdaję sobie z tego sprawę. Niektórzy tylko śledzą akcję. Ale to mi musi wystarczyć – że choć pewien procent odczyta to, co chcę przekazać „pomiędzy wierszami”, od siebie. Każdy czytelnik jest dla mnie ważny, lecz świadomy czytelnik podwójnie. Bo wiem, a przynajmniej na to liczę, że nie tylko zrozumie, przemyśli, ale i może potem przekaże tę myśl dalej.

G.S. Oby tak było, bo patrząc na rankingi i topki widać, że większość czytelników, a raczej czytelniczek, bo czytają głównie kobiety, szuka książek łatwych, prostych, żeby nie powiedzieć prymitywnych. Myślenie najczęściej boli. Co sądzisz o tym zjawisku: powodzenia miałkich, płytkich książek?

A.K. Puuuuuf… To po kociemu. Od siebie dodam tylko, że to zjawisko mnie przeraża. Zawsze szukałam w książkach czegoś, co mnie wzbogaci, czy to w sensie refleksji, języka, czy poszerzenia horyzontów. Płytka rozrywka mnie… nudzi. Po prostu. Szkoda życia, w końcu jest ono ograniczone w czasie. Odpocząć od myślenia wolę leżąc w trawie z zamkniętymi oczami. To mnie wycisza, uspokaja, dostarcza innych wrażeń. Ale nie czytając książki! One nie mają być puste. Po co czytać o czymś, co nie ma większego znaczenia, co mamy do przesytu w telewizji, za oknem czy płotem? Nuuuda…

G.S. Ale wiele jest takich książek i ich autorzy mają mnóstwo czytelników. Zresztą sama o tym wiesz, bo jesteś redaktorką portalu KzK i wiele razy mówimy o tym, zmiana preferencji czytelniczych to orka na ugorze.

A.K. No niestety. To jest zarazem przyczyna i skutek psucia rynku książki, samonapędzające się błędne koło. Słabe szkolnictwo, fatalna od lat polityka kulturalna, presja masowych mediów – to wszystko powoduje, że ludzie idą na łatwiznę. Nie poszukują, biorą co im się poda na tacy, byle ładnie opakowane. Strach pomyśleć, jakie społeczeństwo nam z tego „wyrośnie” w przyszłości…

G.S. To prawda. Twój żywioł to powieści kryminalne. Powiedz, jak oceniasz kondycję współczesnego polskiego kryminału.

A.K. W sumie bardzo dobrze. W ostatnich latach pojawiło się wiele interesujących, oryginalnych książek w tym gatunku. Bardzo lubię czytać polskie kryminały: są niebanalne, ambitne, zaangażowane. Zazwyczaj. Bo i tutaj zakradło się także mnóstwo komercyjnej sieczki, podkręcanej medialnie. No ale to już… znak czasów.

G.S. No tak, niestety. Aniu, nie będę ukrywać, że znamy się bardzo dobrze. pracujemy na portalu od ponad trzech lat. Znam Twoje zalety, ale i wady. Łatwego charakteru to nie masz, ale jesteś uczciwa i lojalna, a to dzisiaj rzadko spotykane cechy. Szczególnie w środowisku autorów.

A.K. Dzięki, Grażynko. Cieszę się, że tak myślisz. A że łatwego charakteru nie mam, wiedzieli już moi rodzice, przyjaciele, o mężu nie wspominając. Ale jakoś mnie jeszcze znosicie. Staram się być wierna sobie i wartościom, które szanuję, a tacy ludzie zwykle są niełatwi, bo swoich przekonań i własnej niezależności będą bronić choćby po trupach. A co do środowiska autorów: jest takie, jak chyba każde inne środowisko w dzisiejszych czasach w Polsce. Zróżnicowane. Orły, sokoły, ale i wrony, kury, wróble…

G.S. Jeszcze dodałabym sępy. Powiedz mi jak znosisz krytykę?

A.K. Tak, sępy też. Krytykę? Zależy jaką. Jestem chyba dość apodyktyczna… i jeśli czuję się do czegoś przekonana, to raczej trudno mnie z tego przekonania wybić. Ale staram się słuchać innych, i – jeśli tylko nie bredzą jak chory w kubeł – przemyśleć także cudze opinie. Również na własny temat. Natomiast jeśli chodzi o moje książki, to zawsze dokładnie wiem, co chciałam przekazać i w jaki sposób. Nawet jeśli komuś się to nie spodoba. W końcu nie każdemu musi. Nie oddam książki wydawcy, dopóki nie jestem z niej zadowolona, i w kwestii treści, i formy.

G.S. Czyli jesteś perfekcjonistką?

A.K. Chyba tak. Wiem, że to czasem wada. Trudno. Jednak chcę, żeby czytelnik otrzymał dokładnie to, co mu chcę powiedzieć. Ani mniej, ani więcej.

G.S. Aniu. Mieszkasz w domu pod lasem, trochę odizolowana od ludzi. Czy pisarz nie potrzebuje bezpośredniego kontaktu z żywym człowiekiem? Kiedyś jeden z moich przyjaciół pisarzy powiedział, że jest kanibalem. Spotyka ludzi i stara się znaleźć w nich coś do swojej nowej powieści.

A.K. Pewnie! Ale ja przecież nie mieszkam na odludziu. Nasza osada to ze sto domów, kilkuset mieszkańców, jest w kim przebierać. A powiem szczerze, że moi sąsiedzi to w większości wspaniali ludzie, choć bardzo różni. Do tego jesteśmy blisko Gdańska, rzut beretem.

G.S. Mieszkasz prawie nad morzem, a wiem, że kochasz góry. Tęsknisz czasem za nimi?

A.K. O tak… nawet bardzo. Tym bardziej, że „moje” góry już nie istnieją, teraz i tam zapanowała komercja, wdarła się cywilizacja: tłumy, bilety, kolejki – to już całkiem inny świat. Może na szczęście, życie i tak nie pozwala mi ostatnio tam jeździć, przeżywać kolejnych rozczarowań. Mam góry w sobie, żyją w moich snach, dzikie i wolne. No i dookoła wzgórza morenowe, sosnowe lasy, alpejska roślinność nad Radunią i Reknicą przypominają mi je, a jeszcze są nieskażone. Przynajmniej nie tak bardzo. Jednak i morze kocham. Wychowało mnie, ojciec pływał, często zabierał mnie ze sobą w rejsy. To żywioł, który jest mi bliski.

G.S. Przepraszam za prywatę, ale dla mnie jesteś nie tylko pisarką, ale też koleżanką z zespołu redakcyjnego. Co Ci daje praca w KzK?

A.K. Jak to co?! Poczucie wspólnoty z ludźmi, z którymi mam wspólny język, przyjaźń… Nawet więcej, ten portal to coś jak druga rodzina. Wielka codzienna przygoda. I poczucie, że robię coś dobrego. Dla kultury, dla literatury, dla czytelnika.

G.S. Aniu, jesteś jedną z nielicznych osób, dla których uczucie wdzięczności nie jest pustym słowem. To przykre, zresztą sama o tym wiesz, kiedy poświęca się mnóstwo pracy na promocję autora, a często nawet nie usłyszy się słowa „dziękuję”. Gorzej: kiedy jest się blokowanym, wyrzucanym ze znajomych za własne zdanie o książce.

A.K. Czyli za uczciwość. Tak, to przykre. Chyba teraz niektórym ludziom się zdaje, że wszystko im się należy, również pochlebstwa. Roszczeniowa postawa. Przecież nie od tego – jako portal literacki – jesteśmy, żeby zaspokajać autorskie zachcianki. Naszym „mocodawcą” jest czytelnik. Być może niektórzy autorzy sądzą, że ich wydawcy nam za to płacą. Jeśli tak, to od razu tutaj odpowiem: nie, nikt nam nie płaci. Choć powinno być inaczej. Póki co, działamy z potrzeby serca i dla wspólnego dobra, jakim jest czytelnictwo. I dlatego dobre słowo jest dla nas ważne, bo to też swoista zapłata, dająca poczucie, że nasza praca – kosztem zarwanych nocy i naszego życia rodzinnego – ma sens. Nagonki, ataki, obrażanie się? Dziecinada. Smutno.

G.S. Nie kończmy takim smutnym akcentem. Jakie masz najbliższe plany literackie?

A.K. Piszę właśnie nową powieść, społeczno-kryminalną, również z wątkiem z przeszłości, tylko znacznie bliższej: z czasów PRL-u. Premiera jest przewidziana już na luty, czyli krótko po Nowym Roku. Mniej więcej dwie trzecie książki już za mną. A potem… potem pewnie wrócę do ulubionych postaci, do któregoś cyklu. Bo pomysłów mam wiele, a po co powoływać do życia wciąż nowe byty, skoro można powierzyć sprawę sprawdzonym postaciom?

G.S. I to postaciom kochanym przez czytelników. Aniu dziękuję w imieniu swoim i czytelników za poświęcony czas i interesującą rozmowę.

A.K. Była bardzo ciekawa, jak zwykle zresztą. Również dziękuję, pozdrawiam czytelników.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>