ALEKSANDER ROGOZIŃSKI – autor od kuchni.

12115987_1241458832546891_4382757533377135257_n

Tym razem w kuchni został przyłapany .

GS: Nasz cykl wywiadów ma tytuł „Autorzy od kuchni”, od tego więc zaczniemy. Lubisz gotować?

AR: Niestety nie. Należę do tych osób, które gotują tylko wtedy, kiedy muszą. A jak nie muszą, to omijają kuchnię szerokim łukiem, bo wiedzą, że i tak nic tam dobrego nie zdziałają. Grunt to mierzyć siły na zamiary. Ja w kuchni czuję się tak zagubiony, jak zawodnik sumo na zajęciach z baletu.

GS: Ale na zdjęciu jesteś w kuchni, w fartuszku. Obok widać apetyczny tort…

AR: Fartuszek pożyczyłem i nawet nie umiałem go odpowiednio założyć. O, taka to moja wiedza o kuchni… A torty to dzieła nie moje, a domowników. Widzisz, przyłapałaś mnie! Jak człek mieszka z kimś, kto kocha gotować i ma do tego wyjątkowy talent, to sam czuje się zwolniony z konieczności naśladowania Jamiego Oliviera.

GS: Wygodnie się urządziłeś… A dlaczego w garnku są książki? Czy to oznacza, że kochasz czytać, czy przeciwnie, protestujesz przeciw pewnym gatunkom literackim?

AR: Chciałem raczej przekazać, że zamiast jedzenia, wolałbym konsumować dobre książki. W rękach, a raczej w łyżkach, mam na przykład „Rosół z kury domowej” Nataszy Sochy – perfekcyjny jako danie główne smacznego obiadu literackiego. Jak widać książka może być dobra nie tylko zamiast kwiatka, ale i dobrego schabowego!

GS: Rozumiem, że nie jesteś wegetarianinem.

AR: Nie. Kocham zwierzęta i nigdy bym żadnego nie skrzywdził, nie akceptuję też polowań, bo to zabijanie tylko dla własnej, dla mnie niezrozumiałej przyjemności, ale uważam, że piramida pokarmowa stworzona przez Matkę Naturę jest jaka jest i nie należy w nią ingerować. Od zarania dziejów człowiek był mięsożercą. Szanuję jednak wegetarian, o ile oczywiście nie zaczną mnie na siłę przekonywać do tofu i soi. Kiedyś nabawiłem się pewnych dolegliwości żołądkowych i jedna z pań dietetyczek, najwyraźniej fanka teorii, że mięso to zło, kazała mi przez pół roku jeść głównie produkty sojowe. Przytyłem w tym czasie dwadzieścia kilo, zacząłem przypominać prosiaczka, a potem już nigdy nie wróciłem do swojej dawnej wagi. Miałem być zdrowszy, a poza kłopotami gastrycznymi doszła mi jeszcze nadwaga. Od tego czasu wiem, że nie każdemu organizmowi soja służy. Mojemu – na pewno nie! A wracając do mięsa… Mam sporo produktów, których ze względu na problemy trawienne nie mogę jeść. Jakbym do tego dołożył mięso, to groziłaby mi śmierć z głodu.

GS: Tego Ci nikt z pewnością nie życzy. Wydałeś niedawno druga książkę „Morderstwo na Korfu”. Znowu bestseller. Jak się czujesz jako wschodząca gwiazda literatury?

AR: Bestseller, powiadasz… Nie wiem, co to znaczy w naszych czasach. Nie jestem Katarzyną Bondą, która w ostatnim wywiadzie chwaliła się, że pewnego dnia poszła do banku i ku zdumieniu pani w okienku spłaciła od razu cały swój kredyt. Nie sądzę więc, abym miał prawo mówić o sobie jako autorze bestsellerów. Cieszę się, że kilka tysięcy osób zdecydowało się kupić moje książki i mam nadzieję, że tego nie żałują. Jestem też zadowolony z tego, że nie zawiodłem swojej pani wydawczyni Bogusi Genczelewskiej, bo w tych czasach wydawanie książki debiutanta to ogromne ryzyko i bardzo jestem jej wdzięczny za to, że je podjęła. Nie mam też poczucia, że jestem jakąś gwiazdą – wschodzącą czy nie. Po prostu znaleźli się ludzie, którzy lubią mnie czytać i sprawiają, że chce mi się pisać – to reakcja, która działa w dwie strony.

GS: A co sądzisz o obecnej kondycji naszej literatury popularnej?

AR: Jest średnia, ale to, niestety, wynik naszej sytuacji ekonomicznej. Książek sprzedaje się mało, więc żeby się utrzymać z pisania, autorzy zmuszeni są pisać dużo. Wyrabiać normę. Pędzić, bo termin goni. A szybkie tempo nie służy twórczości artystycznej. Żadnej, nie tylko tej literackiej. Dlatego nawet i naszym znakomitym pisarzom zdarzają się gorsze, odpuszczone, napisane na chybcika pozycje. Dan Brown może sobie pozwolić na wydawanie jednej książki na kilka lat, dokładny research, przygotowania. W Polsce takiego luksusu nie ma chyba nikt. A przynajmniej nikt, kto utrzymuje się tylko z pisania.

GS: To prawda, ale ja zauważam zalew tandety na rynku wydawniczym.

AR: Będę się upierał, że jest to efekt tego samego zjawiska, płytkości polskiego rynku. Wydawnictwa wydają dużo, aby ilość pozycji zrekompensowała im taką sobie sprzedaż każdego z tytułów. I w tej masie premier zawsze znajdą się pozycje i lepsze, i słabsze.

GS: Dobrze, zmieńmy temat. Jaki jest prawdziwy Alek Rogoziński?

AR: Bardzo trudne pytanie. Myślę, że staram się być takim, żeby móc wytrzymać sam ze sobą. Kiedyś chciałem, aby wszyscy mnie lubili. Teraz wiem, że nie da się zadowolić każdego. Najważniejsze więc to być samemu z siebie zadowolonym. Tego na razie się trzymam. I mam zasadę, którą kiedyś podzieliła się ze mną pani marszałek Olga Krzyżanowska (o ile dobrze pamiętam, to była ulubiona maksyma jej dziadka, oficera wojska polskiego): „Zasady trzeba mieć dla siebie, a nie dla innych”.

GS: Czy przyjaźń jest dla Ciebie ważna? Masz kogoś takiego, kogo darzysz pełnym zaufaniem?

AR: Tak ze trzy osoby na planecie by się znalazły. Nawet chyba dokładnie trzy! Kiedyś wydawało mi się, że mam sporo przyjaciół, ale potem różne wydarzenia boleśnie to zweryfikowały. Nawet wydanie pierwszej książki, kiedy to nagle pewnego dnia zorientowałem się, że kilku „dobrych przyjaciół” wyrzuciło mnie z Facebooka. Licho wie dlaczego. Albo impreza z okazji premiery drugiej książki, kiedy kilka bliskich mi niegdyś osób nawet nie raczyło wysłać mi SMSa z jakimś nawet i kłamliwym wyjaśnieniem, dlaczego olały jeden z najważniejszych dni w moim życiu. Przyjaźń jest ważna, ale minęły już czasy, kiedy nazywałem kogoś swoim przyjacielem czy przyjaciółką po pierwszej wypitej kawie.

GS: A miłość…?

AR: Jest najważniejsza.

GS: Jakie cechy charakteru najbardziej cenisz u ludzi, a jakich nie cierpisz?

AR: Ponad wszystko przedkładam poczucie humoru. Nie wiem, czy zauważyłaś, że nie ma inteligencji bez poczucia humoru. Można być mądrym, taką podręcznikową mądrością, ale inteligentnym nie. Poczucia humoru nie należy, oczywiście, mylić z upodobaniem do prymitywnych żartów, bo to częsty błąd. Lubię też lojalność, zanikającą ostatnio w naszym społeczeństwie wrażliwość, otwartość na zmieniający się z dnia na dzień świat. Nie znoszę agresji, prymitywizmu, fanatyzmu, chamstwa…

GS: Miejsce, do którego wracasz?

AR: Kiedyś był to Paryż. Pojechałem tam po raz pierwszy jako osiemnastolatek i zakochałem się tak bardzo, że potem wykorzystywałem każdą okazję, aby wracać do tego fantastycznego miasta. W sumie byłem tam ponad pięćdziesiąt razy. Ostatnio jeżdżę tam rzadziej, bo namiastką Paryża stał się dla mnie Berlin, który w ciągu ostatnich kilkunastu lat przeszedł rewelacyjną metamorfozę. Z ponurego, niezbyt przyjaznego, szarego miasta stał się hipsterską, otwartą na nowe mody i trendy, znakomicie cały czas odbudowywaną, kolorową, przyjazną mekką dla wszystkich tych, którzy cenią sobie luz, lubią kreować swój własny, oryginalny image i czuć się wolni. U nas niestety każdy, kto wyróżnia się z szarej masy, staje się od razu przedmiotem niezdrowego zainteresowania, a często ofiarą kpin, szyderstwa, a czasem i agresji. Ostatnio wracałem autobusem z dziewczyną, która miała „gotycki” image: ciemny makijaż, buty na platformach, skórzany płaszcz i spódnicę, tatuaż na ręce. Była mroczna, intrygująca i piękna. Na jednym z kolejnych przystanków weszło do autobusu dwóch niechlujnych panów, a właściwie młodzieńców, w nieco brudnawych dresach i zaczęło sobie na niej „używać”. Określenia na „k” latały między nimi niczym pyłki brzozy w powietrzu wiosną. Nieco przestraszona dziewczyna wysiadła na następnym przystanku. I w sumie to nawet nie zachowanie owych panów ubodło mnie najbardziej, ale komentarz nobliwie wyglądającej starszej pani, siedzącej przede mną, która skomentowała całą tę sytuację do swojej koleżanki słowami: „Dobrze, że jej tak wygarnęli, bo wyglądała jak jakaś dziwka. Trzeba, kochana, walczyć z taką patologią!”. Ta jedna scena jest dla mnie kwintesencją tego, jak dużo jeszcze przed nami do przepracowania. A berlińczycy mają to już za sobą. Jeżdżę więc do Berlina, żeby trochę pooddychać wolnością.

GS: Właśnie, jesteś sam, czy to obrona własnej wolności?

AR: Nigdy sam. Fatalnie znoszę nawet chwile samotności. A co do wolności – trzeba jej bronić, zwłaszcza w czasach, kiedy do władzy rwą się ludzie, którym wydaje się, że ich system wartości musi być jedynym obowiązującym.

GS: Uogólniasz. Przenosisz sytuację polityczno-społeczną na własne życie?

AR: Oczywiście, że tak, bo polityka rządzi naszym życiem, chcemy tego czy nie. To od polityków zależy na przykład to, czy zapłacisz więcej czy mniej podatków. Czy nie będziesz oby musiała urodzić dziecka, pochodzącego z gwałtu. Albo czy kiedy napiszesz na swoim Facebooku, że polityk X ci się nie podoba, to następnego dnia o 6 rano nie zapuka do ciebie ABW? Ludzie uważają, że wolność osobista i prawo do głoszenia swoich poglądów, są im dane raz na zawsze, że nie można ich odebrać. Cóż, wystarczy przekroczyć naszą wschodnią granicę i zobaczyć, jak się żyje w krajach, gdzie wolność słowa jest tylko hasłem w słowniku. I to wyrazów obcych! U nas wiele osób mówi: „Ja się od polityki trzymam z daleka, nic mnie to nie obchodzi”. Niestety, mam dla nich złe wieści: to nie działa w dwie strony!

GS: Oczywista oczywistość, cytując sławny tekst, ale zostawmy politykę. Czego się boisz?

AR: Odziedziczyłem po mojej mamie lęk przed starością. Ale nie przed upływem lat, bo to jest nieuniknione i naturalne, ale przed tym, że pociągnie on za sobą moją niedołężność, że stanę się ze względu na stan zdrowia zależny od innych ludzi. Moja mama powtarza, że starość to jest to, co Matce Naturze, nie wyszło, Podpisuję się pod tym.

GS: To zależy od człowieka, znam pięknych staruszków i ohydnych tzw. młodych-starych.

AR: Bo to nie o wiek idzie! Jasne, że można być uroczym 80-latkiem i debilnym 18-latkiem albo odwrotnie. Ja bardziej boję się tego, że kiedyś stanę się zeskleroziałym, ledwo co dychającym, złośliwym dziadem, któremu każdy będzie życzył, żeby go szlag trafił.

GS: Wiem, że kochasz muzykę, szczególnie Madonnę (nie podzielam tej fascynacji), lubisz czytać, podróżować. Czy masz jeszcze jakieś pasje?

AR: Chwila! Tak łatwo to nie przejdzie… Zatrzymajmy się przy Madonnie. Można ją lubić, można nie, ale nie sposób jej nie doceniać. Jest jedną z najważniejszych postaci współczesnej pop kultury i to jest dla mnie bezdyskusyjne. Piosenki jak piosenki, głos jak głos, ale jej sceniczne kreacje, teledyski, koncerty to sztuka przez duże „S”. A do tego dochodzi jeszcze jej działalność na rzecz praw mniejszości, wspieranie biednych, pomoc dla Afryki, walka z amerykańską hipokryzją… To wszystko jest godne szacunku niezależnie od tego, czy ktoś uważa, że piosenka „La Isla Bonita” jest ładna, czy nie… Mało kto z muzyków zrobił tyle dla współczesnego świata, co właśnie Madonna!

GS: Nie podzielam fascynacji, ponieważ jej interpretacje do mnie nie trafiają. A działalność.. Wiele amerykańskich gwiazd działa charytatywnie. To jest modne. Nie sądzisz, że większość z nich nie robi tego z potrzeby serca, tylko dla blichtru?

AR: Zgadzam się, że wiele gwiazd robi coś na pokaz. Ale dobrze, że mają poczucie, że to ich obowiązek. Cel uświęca środki. A co do Madonny, każdy, kto śledzi jej karierę, wypowiedzi, życiową drogę, wie, że akurat ona nie należy do kręgu gwiazd, które coś „robią, bo muszą”. Ona już od dawna nic nie musi, a robi dalej!

GS: Wobec tego wielki szacunek dla jej działalności. Uważam, że każdy z nas powinien przynajmniej starać się zrobić coś bezinteresownie dla innych. A co Ty robisz?

AR: Wstyd przyznać, ale niewiele. I mam z tego powodu cholerne wyrzuty sumienia. Fakt, że mam wolnych chwil w życiu tyle, co kot napłakał, to zbyt banalne usprawiedliwienie. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że nawet i te nieliczne momenty mógłbym poświęcić na coś pożytecznego. Na razie staram się rozbawić ludzi swoimi książkami. W końcu brakuje nam na co dzień okazji do uśmiechu. Pisze książki po nocach, po pracy, kradną mi sporo czasu. Kiedy potem czytam , że ktoś podczas ich lektury śmiał się tak, że ludzie na niego dziwnie patrzyli w autobusie, to myślę: „Cholera, warto było zarywać nocki!” To taka moja mała misja. Ale obiecuję, że kiedyś zaangażuję się w coś poważniejszego. Słowo harcerza!

GS: Trzymam Cię za słowo. Jak wygląda półka z kosmetykami w Twojej łazience?

AR: Hahahaha… Wszystkie znajome dziewczyny sinieją z zazdrości, kiedy wchodzą do mojej łazienki. Praca w kobiecym magazynie sprawia, że mam tam wszystko, czego dusza zapragnie, bo moje redakcyjne koleżanki co parę miesięcy robią tak zwaną „rozdawkę” i dzielą się próbkami, które dostają od firm kosmetycznych. Moja półka ugina się więc od kremów, odżywek, serum, eliksirów młodości i innych tego typu diabelskich wynalazków. A ponieważ ja na co dzień używam pianki do golenia, jednego kremu – ostatnio genialnego firmowanego nazwiskiem pani Krystyny Jandy – i perfum, więc ta „ekspozycja stała” non stop budzi zazdrość płci pięknej. Jak dostaję nową partię „piękniuchów”, to z poprzedniej „wystawy” korzystają kobiety z mojej rodziny. Ale za to mam fioła na punkcie perfum. Do tego przyznaję się bez bicia!

GS: To się dla facetów nazywa: woda kolońska lub woda po goleniu. Twój ulubiony zapach?

AR: E tam… Wodą kolońską to pachną panowie po 60-ce, a i to tylko po wizycie u pana Zenka-fryzjera. Perfumy są i dla pań, i dla panów! Ostatnio trzyma się mnie „1 Million” Paco Rabanne’a. Poprzednio „Opium” klasyk Yvesa Saint Laurenta. Teraz dam szansę „Adventure” Davidoffa, bo reklamuje je jeden z moich ulubionych aktorów – Ewan McGregor. Niestety, często ulegam reklamie… Pod tym względem jestem typowym dzieckiem naszych czasów. Na szczęście mam też sklerozę i szybko zapominam, czym się zachwyciłem w kolejnym bloku reklamowym. Inaczej miałbym cały dom zapchany aktualnie polecanymi w telewizji sprzętami…

GS: A co Cię wyróżnia?

AR: Nieprzewidywalność. Sam nie jestem w stanie przewidzieć, co mi strzeli do łba jutro. Moi koledzy z pracy już nauczyli się mnie traktować jak dziecko specjalnej troski. Ostatnio miałem fazę na odbieranie telefonów do redakcji ponurym powitaniem: „Prosektorium miejskie, czym mogę służyć?”. Poprzednio każdej osobie, która się dodzwoniła, śpiewałem w prezencie fragment którejś z moich ulubionych piosenek. Na szczęście, mam równie szalonych współpracowników, więc łatwo zaakceptowali moje szaleństwa. To wyróżnik psychiczny. A fizycznie ponoć wyróżnia mnie moja blond grzywka.

GS: Alek, mam nadzieję, że ludzie teraz mają okazję lepiej Cię poznać. Na zakończenie kilka słów do czytelników.

AR: Kiedy byłem nastolatkiem, pytany o przyszły zawód, odpowiadałem, że marzę o karierze aktora porno. To był oczywiście żart, bo tak naprawdę nie wiedziałem, co chcę robić w życiu, a po takiej odpowiedzi z reguły wszystkich murowało i miałem temat z głowy. Potem, jakoś tak w połowie liceum, wpadłem na pomysł, że mógłbym pisać. I cieszę się, że udało mi się po ponad 20 latach spełnić to marzenie. I choć brzmi to jak banał, to chciałbym wszystkim powiedzieć: warto walczyć o swoje marzenia, bo niezależnie do tego, jak długo i jak krętą drogą dochodzi się do ich spełnienia, to potem jest człowiekowi fajnie. Fenomenalne uczucie!

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>